Zachciało mi się ostatnio wysłuchać piosenki Władka Wysockiego: „Moskwa-Odessa”. YouTube oczywiście okazał się niezawodny:
Przy okazji wpadłem na cover tej piosenki w wykonaniu grupy „1-2-3”, ze świetnym tłumaczeniem Wojciecha Młynarskiego. I tu mam dwa słowa do Panów z „123”. Panowie, przy całej mojej sympati do was i waszej twórczości – przekombinowaliście. Może warto odłożyć te wszystkie garnki, bongosy, tamburina, trójkąty i inne cuda-niewidy, i po prostu zagrać piosenkę tak jak powinna być zagrana, żeby poruszyć duszę. Bo akurat do tego utworu, cały ten muzyczny harmider który robicie, pasuje jak wódka do sedesu.
Wiem, wiem – nie znam się na sztuce wyższej – za karę będę słuchał tylko w oryginale.
Kupiłem dzisiaj w hipermarkecie lampkę. W którym? To nieistotne. Dodam tylko, że nawet Aleksander Dumas by go nie wydumał, chociaż miał w tym względzie pewne doświadczenie. Nie jest też ważne, że przed przystąpieniem do użytkowania musiałem ją sobie naprawić. Nie mam o to do nikogo pretensji, bo widząc ją w sklepie wiedziałem na 70%, że tak będzie. W końcu składał ją jakiś muszkieter, a wiadomo, że tam gdzie zaczyna się armia, kończy się logika. It doesn’t matter. Jednak przy tej czynności naszła mnie myśl o PRL-owskich telewizorach, które trzeba było wozić do naprawy zaraz odebraniu ze sklepu (nie zahaczając nawet o dom). Przypomniał mi się również stary radziecki dowcip, jak to radziecki chłop jechał sobie konnym wozem, aż dojechał do rzeki z mostem. Wjechał na most, a ten zawalił się pod furą jak domek z kart. Chłop z trudem wydostał się na brzeg i powlókł się na skargę na najbliższy posterunek milicji. Dowódca posterunku całą sytuację skwitował jednym zdaniem: „Wot durak, widzi most i jedzie…”.
Ech, dziesiątki (już!) lat kapitalizmu, mordercza konkurencja, a mimo wszystko bez zmian…
Nie jestem maniakiem piłki nożnej, ale bardzo lubię popatrzeć na dobry mecz. Niestety w wydaniu naszej reprezentacji narodowej nie widziałem takiego od lat. Dlaczego?
Właśnie usłyszałem o spontanicznej akcji kibiców: „Pusty Stadion”, czyli bojkocie meczy naszej reprezentacji. Jestem za tym całym sercem. PZPN-u nie można wykończyć inaczej niż bijąc po kieszeni i takie przedsięwzięcia właśnie temu służą.
Przypomniała mi się ww. piosenka, ale nie o chabrach będzie ten wpis, tylko o słonecznikach i ostach. Co do słoneczników, to natknąłem się na taką uprawę:
Bez pielęgnacji, zagłuszone przez chwasty, wyrosły jako stokrotki. A może to jakaś ekologiczna uprawa wersji wazonowej?
A co do ostów, to słyszałem kiedyś (niestety nie pamiętam od kogo) taką historię:
W latach 50-tych do pewnego zachodniopomorskiego PGR-u przyszło pismo: „Uskutecznić eksperymentalną uprawę ziemniaka. Wykonać!”. Eksperyment polegał na tym, że wykopało się dołki, do dołków nawrzucało obornika, na oborniku pieszczotliwie ułożyło ziemniaki i to wszystko przysypało z przyklepaniem. Lud pracujący wsi popukał się w głowę, ale prikaz był, to wykonali. Kartofle wrzucone do gnoju oczywiście zgniły i nikt by się tym specjalnie nie przejął gdyby nie fakt, że pewnego dnia do owego PGR-u zawitała komisja z ministerstwa rolnictwa (Mówiąc na marginesie komisja w sama sobie też była dosyć ciekawa, bo typowo rolnicza – tzn. większość członków stanowili umundurowani oficerowie Wojska Polskiego, ale nie czepiajmy się – takie były czasy). Komisja popatrzała na ekshumowane zgniłe ziemniaki, pokiwała smutno głowami i przy okazji kontroli wzięła się za oględziny całego gospodarstwa. Wyszli za zabudowania, gdzie hen po horyzont ciągnął się nieużytek w postaci łąki, masakrycznie gęsto porośniętej białymi ostami. Na pytanie komisji „A tutaj co rośnie?”, ktoś z pracowników PGR-u rzucił „Bawełna”. Wojskowi pokiwali głowami, pokręcili się jeszcze i pojechali, a miesiąc później ministerstwo rolnictwa przysłało pismo… z wielką pochwałą za nowatorską uprawę bawełny.