Kurcze… Ledwo zdążyłem odżałować śmierć Dio, a tu proszę – rano zaskoczyła mnie wiadomość o odejściu Garego Moora. Ruszyło mnie to, bo był dla mnie gitarowym idolem, szczególnie w ostatnim okresie mojego gitarzenia. Nawet nie przekroczył 60-tki. Żal gdy pomyślę, ile jeszcze rzeczy mógłby wyczarować ze swoich wioseł. Ktoś kiedyś zauważył, że Hendrix jeszcze by żył, ale Bóg potrzebował lekcji gry na gitarze. Widocznie wczoraj Pan doszedł do wniosku, że ma już opanowane akordy z rytmiką i czas się zabrać za naukę solówek.
No i siedzą sobie teraz chłopaki na chmurce, machają nogami w powietrzu. Jimi zapodaje melodię, Gary soluje, a Phil Lynott plumka im do tego na basie.
A po opanowaniu pentatoniki, pozostaje się już tylko nauczyć estradowego kroku. Chuck Berry?
Oto piosenka, ktora prześladuje mnie od ponad roku. Zaatakowała bez ostrzeżenia, gdy pewnego dnia wpadłem na nią na YouTube. Nie jest ani ciekawa, ani chwytliwa, i w ogole co tu dużo gadać – prosta jak tory do Połczyna. A jednak czesto odzywa mi się w głowie i to w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach. Jest niczym śpiewający ją komandosi – pojawia się z powietrza (czyli z niczego) i dopada z nienacka (a przecież Znienacko bronił się jak Umiał, a Umiał też był nie lada zawodnikiem). I pewnie przez to, że wojsk powietrzno-desantowych Rosja ma więcej niż cała reszta świata razem wzięta, tak ciężko mi o niej zapomnieć (i o piosence, i o Rosji 😉
Całe szczęście, że nikt nie reaktywuje festiwalu w Kolobrzegu, bo w sumie mam niedaleko, a właśnie sobie uzmysłowiłem, że głównym dzwonkiem w moim telefonie jest Gdy Polska da nam rozkaz. Strach pomyśleć co by było, gdybym miał styczność z większą ilościa takiej muzyki. Też ciekawe, bo nie mam i nigdy nie miałem żadnych paramilitarnych zapędów.