Autor:
• sobota, grudnia 20th, 2008

Ponieważ ostatnio wpadł mi w ręce wielopak długometrażowych filmów z serii Star Trek, dawkuję je sobie w ramach bajań na dobranoc. Przy oglądaniu nie trzymam się chronologicznej kolejności powstawania, ale puszczam jak leci. I tak oto, przy filmie Star Trek Generations (1994), poczułem się trochę łyso…

.

Nie oszukujmy się – film jest kiepski, fabułę ma prostą jak tory do Połczyna, a do napisu „The End” wytrwałem wyłącznie dzięki ogólnej sympatii, jaką żywię dla całej serii. Początek filmu opowiada o oddawaniu do użytku nowego modelu Enterprise. W uroczystym, dziewiczym rejsie uczestniczy załoga starego statku (znana z takich filmów jak np. niezapomniany Star Trek IV The Voyage Home) w tym legendarny kapitan Kirk. Wkrótce po starcie do załogi dociera sygnał S.O.S., nadawany z dwóch pełnych ludzi statków, które dostały się w pole działania tajemniczego, przemierzającego kosmos, strumienia energii. Nowiutki, jeszcze nie wykończony i nie do końca wyposażony Enterprise rusza (a jakże) na pomoc. Akcja ratunkowa udaje się połowicznie, a w jej trakcie znika gdzieś Kapitan Kirk – zresztą razem z dużym kawałem poszycia i kilkoma pokładami świeżutkiego Enterprise.

.

.

Ok. – Kapitan Kirk zginął, a jego ciało krąży gdzieś w międzygwiezdnej pustce. Poległ z patosem ratując statek i załogę. Smutne to, ale taką śmierć starego zejmana kosmosu jako miłośnik SF jestem w stanie zaakceptować – tym bardziej, że wyraźnie widzę, że ktoś powiesił na ścianie strzelbę…

…która oczywiście w ostatnim akcie wypaliła. Kirk nie zginął, lecz został wchłonięty przez promień owej tajemniczej energii i po 70 latach pojawia się znowu – tym razem aby pomóc Picardowi, któremuś tam z kolei kapitanowi któregoś tam z kolei Enterprise, ocalić miliony istot. Problem w tym, że Kirk znowu ginie – tym razem naprawdę. Jesteśmy świadkami jego ostatniego tchnienia, gdy powoli umiera, gdzieś na pustyni, przywalony resztkami z wysadzonej wyrzutni.

I tu mam pretensję do twórców filmu – taka zasłużona postać, tyle lat świetlnych fascynujących przygód (na złotym i srebrnym ekranie), i naprawdę nie można go było zabić jakoś „z jajem”? A ten grób, który usypał Kirkowi Picard, gdzieś na zadupiu kosmosu… Kto go tam znajdzie? Jak tam trafią kadeci gwiezdnych akademii, chcący złożyć hołd swojemu idolowi? Dżizes Krajst Panowie scenarzyści – cały ten film ma mizerną fabułę, ale śmiercią Kirka osiągnęliście drugie dno. W TEN SPOSÓB BOHATERÓW SIĘ NIE ZABIJA!!!

.

Wyślij na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • MySpace
  • Google Bookmarks
  • Śledzik
  • email
Kategorie: Film | Tagi: , , , ,
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu przy pomocy RSS 2.0 Both comments and pings are currently closed.

Komentowanie zamknięte.