Autor:
• niedziela, sierpnia 03rd, 2008

Panie i panowie automobiliści-nadmorscy-turyści z rejestracjami poznańskimi, wrocławskimi, warszawskimi i dolnośląskimi – ze smutkiem stwierdzam, że drogowe buractwo, które obserwuję u was od wielu lat, ostatnio zaczęło narastać w postępie geometrycznym. Nie dotyczy to oczywiście was wszystkich, ale już niestety większości. Jako mieszkaniec miejscowości przez którą wiedzie jeden ze spalinowych szlaków ku morzu, patrzę na was w tym letnim okresie i czasami boję się wyjeżdżać autem. Kiedy już wyjeżdżam, podczas jazdy jednym okiem czujnie obserwuję wasze ciągnące na północ i południe karawany, a drugim badam przydrożny rów, żeby w razie „W” wskoczyć do niego w jakimś przyjaźniejszym miejscu.
.

Jeszcze pięć, sześć lat temu, gdy ktoś z was wyprzedzał na trzeciego, sami często pukaliście się w czoło pokazując takiej osobie, co niepochlebnego o tym myślicie. Dwa, trzy lata temu, wyprzedzanie na trzeciego i czwartego stało się normą na którą nikt nie reagował. W tym roku normą jest wyprzedzanie na ósmego i dziewiątego, a kiedy nie daj Boże wyprzedzacie karawaną rower, to jezdnia na której z ledwością mijają się dwie ciężarówki, nagle staje się wirtualną trzypasmową autostradą. Że z naprzeciwka jedzie straż pożarna? Nieważne. Ja jeszcze zdążę, i ten za mną, i ten za nim, i owczym pędem jeszcze kilkanaście aut, chociaż ich kierowcy do ostatniej chwili nie wiedzą co wyprzedzają i czy po wyprzedzeniu będą w ogóle mieli miejsce, żeby wrócić na swój pas. A straż postoi i poczeka, to nie u was pali się dom lub las. No tak, wy nie macie lasów i nie macie pojęcia, jak zachowywać się na drogach przez nie wiodących.

Jakieś trzy tygodnie temu sporo emocji dostarczył mi pewien mocno ograniczony umysłowo kierowca z dolnośląskiego, który zapragnął wjechać w boczną dróżkę, umiejscowioną na bardzo ostrym zakręcie w gęstym lesie. Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów za tą ścieżynką i przy pomocy swojego chorego umysłu wykombinował, że wjedzie w nią tyłem. Tak, na wojewódzkiej drodze o dużym nasileniu ruchu, na ostrym zakręcie, w gęstym lesie z zerową widocznością na to co jest za zakrętem, on cofał dobrych kilkadziesiąt metrów. A ja właśnie dojeżdżałem do tego zakrętu z przeciwnej strony. Coś mnie wtedy tchnęło i na swoje szczęście zwolniłem. Biorąc zakręt zobaczyłem: z lewej nadjeżdżającą z naprzeciwka karawanę, z prawej głęboki rów, a po środku cofające auto. Nie mam ABS-u, paliłem gumy na zablokowanych kołach popuszczając hamulec tylko na ułamki chwil, żeby kontrolować poślizg, i nie dać się wyrzucić sile odśrodkowej na auta z przeciwległego pasa. Zatrzymałem się nie więcej jak pół metra przed delikwentem i przez dłuższą chwilę nie wierzyłem, że się nie pocałowaliśmy.

Kilkanaście dni temu, jakieś 100 m od powyższego zakrętu, miało miejsce inne ciekawe zdarzenie, a właściwie zderzenie. Skasowane cztery auta. Pierwszy w karawanie (chyba tradycyjnie już w tym miejscu) zapragnął skręcić do lasu, więc przyhamował, czwarty akurat w tym momencie zabrał się za błyskawiczne wyprzedzanie tej trójki z przodu i gwałtownie przyspieszył. Dziabach! i miejscowa blacharnia Jozina z Bozin miała pełne ręce roboty.

Tydzień temu w Koszalinie przewodnik zmierzającej na wywczasy karawany zorientował się, że na krzyżówce nie zajął dobrego pasa i w ostatniej chwili zapragnął wjechać na mój. Proszę uprzejmie, wpuściłem go. A za nim wrąbała się reszta karawany, ale tak po chamsku, że ręce mi opadły. Wszyscy mieli głowy odwrócone w drugą stronę i nikt nawet nie dał znaku „sorry stary, wybacz, wyższa konieczność, zrozum” itp. – jak by mnie i innych aut tam nie było. A przecież Koszalin to nie Berliński ring, w Koszalinie jak zajmiesz zły pas, to 30 m dalej masz dziesięć okazji do spokojnego zawrócenia – kulturalnie i bez łamania przepisów.

Kiedyś ponoć było coś takiego jak Społeczna Służba Ruchu ORMO – czy jakoś tak. Żałuję, że dzisiaj nie mam takiej instytucji, bo da się was wychować. Przykładem na to są przenośne fotoradary samorządowe. W zeszłym roku zaczynało to być zauważalne, a w tym jest już wyraźnie – przestaliście przelatywać przez nasze miejscowości z prędkością światła. Nauka była kosztowna i wielu z was sporo za nią zapłaciło ale pocieszcie się, że dzięki temu, kiedy przechodzę przez ulicę do sklepu, czuję się dużo bezpieczniej.

Co roku gdy nadchodzi wrzesień, a was już nie ma, przez kilkanaście dni rozkoszuję się jazdą.  Na drodze spokój, kultura i ogólna uprzejmość.
.

Wyślij na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • MySpace
  • Google Bookmarks
  • Śledzik
  • email
Kategorie: Różne | Tagi: , , , ,
Możesz śledzić komentarze do tego wpisu przy pomocy RSS 2.0 Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze

  1. Racja, racja i jeszcze raz racja. Jak widzę te kolumny pyrusów to jestem za tym aby każdy z nas mógł pełnoprawnie zamontować kałacha na przedniej masce i posłać delikwenta na dużo dłuższą wycieczkę niż nad morze.
    Z roku na rok jest coraz gorzej. Powinniśmy przed Prusimiem zrobić wielki parking, niech tam zostawiają swoje wypieszczone Beemy i inne szpanerskie fury. Dać burakom po rowerze albo zestawie wędrowca ( 2 pary sandałów, butelka wody z Regi) i niech śmiga dalej.A w tym czasie przemianujemy parking na giełdę i zarobimy na wybudowanie obwodnicy.W ramach zadośćuczynienia dla właścicieli pozwolimy im zatrzymać rowery (na jakiś czas oczywiście).

  2. Ano właśnie :-/ A tę obwodnicę, to najlepiej puścić przez Kostrzyń i Anklam, i niech sobie jadą w cholerę…